Tak naprawdę chciałabym napisać o…

Tak naprawdę chciałabym napisać o… wojnie…

Może nie do końca o wojnie, ale też nie do końca o Bałkanach. Tak naprawdę ciężko określić – chyba… o moich odczuciach, kiedy przemierzaliśmy wzdłuż Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę.

Pewnie większość z nas wie mniej więcej, co tam się działo i to stosunkowo niedawno, bo ledwo 20 lat temu.

Teraz w tamte rejony turyści i pielgrzymi walą tłumnie. Zwiedzają, modlą się, kąpią w Morzu Adriatyckim, jeżdżą nawet trochę dalej: do Albanii. Wszędzie bezpiecznie, spokojnie, bez paszportów, chociaż to nie strefa Schengen (poza Chorwacją), ale… Ślady zostały. Gdy przekroczyliśmy granicę z Chorwacją, przewodnik podał trochę podstawowych informacji o ludności, powierzchni, gospodarce itp… Lecz gdy wjechaliśmy do jednej z miejscowości i nagle zobaczyliśmy kilka opuszczonych domów z dziurami zamiast okien i odpadającym tynkiem, dopiero wtedy tak naprawdę poruszył temat wojny. Obok tych pustych budynków były normalne, zamieszkałe, często świeżo (powiedzmy) odnowione, odmalowane domy, w których toczy się zwyczajne, codzienne
życie. Od razu padło pytanie: to skąd te opuszczone?

– Po Serbach – odpowiedział przewodnik, jakby to wszystko wyjaśniało.

Po chwili dodał, że kiedyś w tych domach na 99 % mieszkali Serbowie, ramię w ramię z Chorwatami i innymi nacjami. Nikogo nie obchodziło, czy jest Katolikiem, Prawosławnym, czy Muzułmaninem. Żyli tak od pokoleń w jednej wiosce, obok siebie i było dobrze… do czasu…

Może po śmierci Tito zabrakło wspólnego wroga, który wszystkich zwykłych ludzi jednoczył w niedoli? Nie wiem, ale coś się zjebało i sąsiedzi od dziesiątek lat zaczęli do siebie strzelać nawzajem.

Nie będę robić wykładu z historii, bo to nie moja działka. Według przewodników, którzy oprowadzali nas po różnych miastach, Serbowie zapragnęli wielkiego królestwa i zaczęli walczyć o swoją przyszłą – niedoszłą ziemię. Skończyło się dla nich źle, bo nawet Czarnogóra od 10
lat jest już osobnym państwem. A na czarnogórskich kierunkowskazach wielokrotnie widziałam zamazane serbskie wersje nazw miejscowości. Tylko blisko granicy zostało podwójne nazewnictwo – normalnymi literami i cyrylicą.

I co chwila te domy… najwięcej w Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie. Może niektóre ruiny stoją, bo nie ma kto ich zasiedlić po ucieczce, lub zginęła cała rodzina, która mogłaby się po latach upomnieć…? Ale na pewno wiele z nich stoi jako „pamiątki”, dla przestrogi. Rozwalone
ściany, zawalone dachy, albo w ogóle brak dachu, gołe cegły, niedokończone domy, a nawet pensjonaty, zniszczone zakłady z powybijanymi szybami… Niektóre tak zapuszczone, że z wnętrza wystarają już kilku metrowe drzewa, lub dookoła zasłaniają krzaki, że trzeba dobrze się przyjrzeć, by zobaczyć czubek sklepienia i resztki komina. I jeszcze wielkie połacie pustych przestrzeni, które kiedyś były polami uprawnymi, teraz są dzikimi chaszczami, bo nikt tam się nie zapuszcza z obawy, żeby nie wdepnąć na pozostawione miny.

Tak, to robi niesamowite wrażenie, przeraża… ostrzega… i chyba nikt z naszej pielgrzymki nie patrzył na to obojętnie. W Sarajewie i Mostarze to rzuca się jeszcze bardziej w oczy, gdy w centrum miasta obok szklanego nowoczesnego biurowca stoi opuszczony blok ze śladami po kulach i większych pociskach, z wciąż osmalonymi brzegami pustych okien i balkonów, w których często nie ma nawet ram. A na ulicach Sarajewa „róże”, czyli miejsca oznaczone plamą czerwonej farby tam, gdzie zginęli cywile. Głównie wzdłuż Alei Snajperów.

Trochę żałuje, że u nas nie zachowały się takie „pamiątki”. Może oglądając pokaleczone kamienice w drodze do instytucji państwowych, pewnym panom odechciałoby się nowych wojenek między sobą, kosztem postronnych obywateli.

Tak jak przy polskich drogach są krzyże, to w Bośni i Hercegowinie stoją kamienne pomniki, zdarzają się też małe cmentarze w prywatnych ogrodach. I tu znów kontrast, podkreślający miniony dramat. Te zrujnowane domy, pomniki i zachwaszczone pola znajdują się na tle przepięknych gór. Nawet w nadmorskich miejscowościach wciąż można znaleźć pustostany z widokiem na Adriatyk.

Może ktoś źle o mnie pomyśli, ale przejeżdżając przez Bałkany i widząc piękne domy z tarasami na zielonych zboczach, często w pobliżu jednej z wielu uroczych zatok, nieraz zastanawiałam się, jakby można taki dom zająć, kupić, zasiedlić (być może także odprawić egzorcyzmy), by mieć wspaniałe miejsce do pisania.

 

14.VII.2016