Czarodzieje Sieci

Rozdział I

Rada Czarodziejów

Przez chwilę pozwoliła, by wiatr rozsypał jej czarne włosy, a kilka kosmyków spadło na twarz. Podmuchy z każdym dniem stawały się coraz bardziej przenikliwe. Pomimo końcówki lata powietrze kąsało zimnymi igiełkami nawet pod płaszczem.

Obserwowała spokojnie dolinę rozciągniętą głęboko pod jej stopami. Ciężkie chmury zdawały się pochłaniać najwyższe partie gór.

„Cisza przed burzą… – pomyślała ze smutkiem – tak bardzo chciałbym się mylić…”. Zgarnęła niesforne pasma włosów za ucho.

Naprzeciw niej, po drugiej stronie przełęczy zbliżał się jeździec. Skończyła się łatwiejsza droga i teraz zaczął rozglądać się za jakimś przejściem.

– Czekałam na ciebie – jej głos melodyjnie popłynął wraz z echem. Młodzieniec dopiero ją zauważył.

Wyszeptała formułę w nieznanym języku, po czym z pozoru niedbale machnęła ręką w poprzek doliny. Duże kamienie zaczęły się unosić z dna i układać w prostej linii między wędrowcem i nią. Gdy chłopak bezpiecznie
znalazł się koło kobiety, wszystkie głazy z hukiem wróciły na swoje poprzednie miejsce.

– Dzięki, pani. – wyszeptał.

Odpowiedziała tylko przelotnym uśmiechem i skinieniem głowy.

– Będzie burza. – rozejrzał się po szarym niebie.

– Oj, będzie… – westchnęła, ruszając z miejsca.

W dolinie rozległ się stukot kopyt.

– Większość nie jest przychylna ludziom. – stwierdziła, gdy przemierzali dalsze partie nieprzyjaznego szlaku.

– Domyślam się… – powiedział cicho chłopak. Nie śmiał spojrzeć jej w oczy. Starał się skupiać na kamieniach pod końskimi kopytami – Ale cóż robić? Czary przestają działać, a zwykli ludzie nie są przygotowani na
kolejne zawieruchy.

– Mam kilkoro przyjaciół, Wiktorze. My też widzimy, że znów źle się dzieje.

– Myślisz, pani, że może się nam udać? – spytał nieśmiało.

Kobieta zdziwiła się, że chłopak nie pytał, skąd zna jego imię.

– Mów mi: Ita. – zobaczyła jak rozszerzają mu się zaskoczone źrenice – Tak, mamy pewną szansę, Wiktorze. – szczelniej otuliła się płaszczem.

 

2009 r.

 


 

Rozdział VI

Pierwsza krew

Czarne uszka podniosły się nasłuchując uważnie. Czujne złoto-zielone oczy zaczęły obserwować okolicę. Kocie źrenice przybrały kształt cienkich prążków.

Ita kątem oka zauważyła, jak jeży się sierść na grzbiecie Hathor. Czarodziejka popędziła konia, by zrównać się z Dezyderiuszem.

– Pantera się obudziła. – szepnęła do towarzysza.

Mężczyzna lekko skinął głową, że zrozumiał. Dyskretnym ruchem sprawdził, czy broń siedzi luźno przy szerokim skórzanym pasie. Kobieta ściągnęła pendent przełożony przez klatkę piersiową. Jelce jej miecza wysunęły się odrobinę nad prawym ramieniem.

Ona nosiła broń inaczej niż większość szermierzy, gdyż uczyła się walki między innymi na dalekich, wschodnich ziemiach, gdzie wszyscy wojownicy swój oręż nosili na plecach. Szybkim ruchem przerzuciła długie
włosy, przysłaniając część rękojeści.

– Myślisz, że znajdziemy jakiś targ? – spytała z pozoru niedbale kobieta, rozglądając się po lesie.

– Nie wiem, na pewno będzie jakaś gospoda, gdzie będziemy mogli w końcu zjeść coś ciepłego. – Dezyderiusz skierował spojrzeniem na drzewa z lewej strony.

– Ale ja potrzebuję nowej sukni, ta jest już strasznie zniszczona. – Ita niby mimochodem popatrzyła na wskazany kierunek.

– Wiesz przecież, że może nam ledwo wystarczyć na nocleg. – czarodziej dalej grał swoją rolę.

Kotka przekręciła się w siodle Ity, gotując się do skoku.

– Kochanie, znowu przesadzasz. – kobieta podniosła rękę na wysokość głowy udając, że poprawia fryzurę.

Z zarośli z impetem wyskoczyło pięciu jeźdźców wielkich jak pnie starych dębów, za którymi się ukrywali. Wyszczerzyli pożółkłe zęby w ohydnych, pewnych siebie uśmiechach, sądząc, że trafili na łatwy łup.

W mgnieniu oka, w dłoni czarodziejki znalazł się obusieczny miecz, a Dezyderiusza ciężki topór. Dźwięk wyjmowanego żelaza złowrogo wybrzmiał wśród drzew.

Ita zrobiła przerażoną miną na widok liczebnej przewagi, gdy tylko napastnicy zbliżyli się na wystarczająca odległość. Kobieta odchyliła pelerynę – Hathor jak błyskawica skoczyła na twarz jednego z oprychów, wbijając mu pazury w oczy. Rozległo się dosadne przekleństwo.

Ita szybkim, płynnym ruchem rozcięła kaftan aż do krwi najbliżej znajdującego się mężczyzny. Ten odruchowo złapał się za ranną pierś.

Czarodziejka nie spodziewała się, że napastnik zareaguje jak uczniak, tracąc na krótki moment uwagę.

To był jego błąd, który kobieta natychmiast wykorzystała. Tym razem cięła głębiej, tuż nad dłonią łotra, która uciskała wcześniejszą ranę.

Krew chlapnęła na końską grzywę. Bezwładne już, ciężkie ciało, przewróciło się na bok razem ze wierzchowcem.

Dezyderiusz powalając trzeciego z napastników, nie zauważył osobnika z tyłu. Czarodziejka błyskawicznie wyciągnęła nóż schowany w siodle i wysłała go wprost w szyję ostatniego atakującego. Czerwona ciecz zmieszana z powietrzem zabulgotała wypływając z rozciętego gardła.

 

2010-2011 r.

 


 

Rozdział XII

Dzień ataku

Bogucki przyszedł do biura projektowego wcześniej niż zwykle, to była dla niego niezwykle krótka noc. Pomijając fakt, że w ogóle nie chciał stamtąd wychodzić, i zrobił to bardzo późno, przede wszystkim właśnie zdobyte informacje nie dawały mu zasnąć. Świadomość, że mógłby w końcu znaleźć dziewczynę z jego snów, rozbudzała wszystkie zmysły. Długo po przyjściu do domu rozpamiętywał każdą chwilę z Itą w magicznym świecie. Marzył, że w tym będzie taka sama i tak samo będzie go lubiła, a może i kiedyś pokocha. Myśli te co chwila przeplatane były wątpliwościami, jak taka cudowna kobieta mogłaby się zainteresować takim facetem jak on. Mały, łysy mózgowiec, nie mający czym zaimponować poza posiadaną wiedzą, mogący ofiarować jedynie swoje uczucia. Ale czarodziejka z jego snów
właśnie to ceniła najbardziej w swoim przyjacielu. Tylko w tym świecie nie było magii (…)

***

W hallu biurowca panował chaos.

Ita przez oszklone ściany widziała biegających ludzi, szaleńczo zaglądających do kolejnych pomieszczeń. Niektórzy nosili stosy luźnych dokumentów, inni całe segregatory, albo po kilka pudełek płyt CD. Co chwila ktoś podbiegał do strażnika, który cały czas stał ze słuchawką telefoniczną przy uchu i kilkakrotnie próbował się z kimś połączyć.

(…)

Siła grawitacji pokonała czar. Kotecka się podłamała. Nie wiedziała, co jeszcze może zrobić. Czuła się winna, że nie potrafiła pomóc. Jeszcze kilkanaście minut temu myślała, że może góry przenosić. Teraz zwątpiła.

– Proszę się nie ruszać, zaraz będzie pomoc – z góry dobiegł męski głos nakazujący zachowanie spokoju.

Icie aż zakręciło się w głowie. Doskonale znała ten głos. Słyszała go każdej nocy od kilku tygodni. Miała wrażenie, że znowu śni, że to się nie dzieje naprawdę i za chwilę obudzi się we własnym łóżku. Bardzo chciała, aby dzisiejsze wypadki okazały się tylko sennym koszmarem. I jeszcze bardziej pragnęła, by wraz z tym głosem istniał prawdziwy mężczyzna. Którego można dotknąć, przytulić i pocałować. Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Najchętniej by pobiegła piętro wyżej poszukać swojego szczęścia, ale nie mogła zostawić tych ludzi, nie mogła dopuścić do tragedii.

W tym momencie rozległ się kolejny brzęk pękającej stali. Brunetka gwałtownie cofnęła się do tyłu, gdy winda opuściła się o kolejne centymetry.

Nagle Itę olśniło. Czasami nie da się oszukać fizyki, ale magią można ją wspomóc. Bez zbędnych słów ruszyła co sił do schodów.

(…)

***

Dezyderiusz wyciągnął do dziewczyny prawe ramię, chcąc ją zatrzymać koło siebie. Choć słyszał, jak wołała go po imieniu i tak bał się, że przebiegnie obok. Gdy była tuż tuż, zrobił krok w jej stronę.

Kabina windy zaczęła opadać.

W mgnieniu oka dziewczyna doskoczyła do niego. Impet był tak ogromy, że z powrotem oparł się o drzwi windy, powstrzymując je przed zamknięciem. Ita patrząc głęboko mu w oczy chwyciła jego dłoń. Skumulowana moc wybuchła w jej wnętrzu. Kotecka czuła jak ciepło rozchodzi się po całym ciele i przepływa do Dezyderiusza.

(…)

– Już wszyscy – powtórzył z drżeniem Dezyderiusz, podchodząc bliżej Ity

Puścił rękę dziewczyny. Winda pomknęła w dół.

Resztką sił Ita odepchnęła chłopaka w głąb korytarza, ratując jego ramię przez zmiażdżeniem zasuwającymi się, stalowymi drzwiami.

Gdy stracili równowagę, zgasły wszystkie światła.

Dezyderiusz głucho uderzył o ścianę. Ita poczuła tępy ból w barku. Jeszcze przez ułamek sekundy dziewczyna pomyślała, że chyba zwichnęła obojczyk.

Zniknął blask późnego poranka zwykle zaglądającego przez okna korytarza. Osunęli się w ciemność.

 

2011 r.

 


 

Rozdział XV

(fragment)

Ita wykonała już prawie wszystkie polecenia Gajka, zatwierdzone przez Dezyderiusza. Ukradkiem patrzyła na informatyka [Dezyderiusza], który uśmiechał się do monitora. Wyglądał zupełnie jak czarodziej z jej snów, nawet robił takie same miny. Różnili się jedynie ubraniem.

Przy ostatnim zadaniu musiała poprosić go o pomoc. Przysunął fotel i usiadł obok. Jeszcze raz przeanalizował sytuację. Gdy chciał przewinąć tekst, odruchowo położył prawą dłoń na myszce, którą wciąż trzymała w ręku. Poczuła przyjemny dreszcz, kiedy musnął jej skórę, a on natychmiast się wycofał.

– Przepraszam – powiedział lekko zmieszany. – Mogę? – Wskazał na nieszczęsną myszkę.

Czytaj dalej —>

 


 

Rozdział XVII

(fragment)

Chłopak wziął jej rękę i rozprostował palce, by obejrzeć opuszki.

– Nie wyglądają jak u gitarzysty. – Delikatnie musnął wnętrze dłoni.

Znów poczuła przeszywający dreszcz, od czubków palców aż do końcówek włosów. Zachwiała się, mocno łapiąc Dezyderiusza za przedramię. W mgnieniu oka objął ją wolną ręką i przytulił.

– Co się z tobą dzieje? Masz na mnie uczulenie? – Uśmiechnął się tak jak w snach, specjalnie dla niej. – Chyba nie jestem pierwszym facetem, z którym się całowałaś?

– Nie, nie jesteś. – Wzięła głęboki oddech przed następnym zdaniem. – Dziś rano właśnie rzuciłam jednego.

Czytaj dalej —>

 


 

Rozdział XVIII

(fragment)

Nie chciała otwierać oczu. Obudziła się bez bólu głowy, pierwszy raz od kilku tygodni. Rozkoszowała się tym uczuciem. Czuła się wreszcie wypoczęta i odprężona. I co najważniejsze nie pamiętała żadnego snu o czarodziejach. Przez chwilę zastanawiała się, czy może właśnie ostatnie wydarzenia były bardzo złożonym snem. Ona czarodziejką? To było tak nierealne, że aż uśmiechnęła się do siebie i wciąż z zamkniętymi oczami, przeciągnęła się mrucząc.

– Dzień dobry. – Podskoczyła na posłaniu, słysząc męski głos.

Czytaj dalej —>