Wyzwanie

Dzień 18.

 

Powinny ci się spodobać, ładnie pachniały, różowe, tak jak zawsze lubiłaś. Z ciemnofioletową wstążką…

Wolałbym ci je dać tak naprawdę, żebyś mogła znów się uśmiechnąć, pocałować mnie, albo rzucić na szyję. Strasznie mi ciebie brakuje. Łóżko jest takie… za duże dla mnie samego. Co mówisz? Żebym znalazł zastępstwo? Nie, nie mam ochoty. Chyba, że masz na myśli naszą kotkę. Ona też tęskni, przychodzi do mnie w nocy i kładzie się na twoim miejscu. Gdy ktoś idzie po klatce, od razu leci do drzwi, ale ja wiem, że to nie ty… Potem przychodzi do mnie, kładzie łebek na kolanach i
patrzy pytającym wzrokiem… Jak mam jej wytłumaczyć, co się stało i że już nigdy nie wrócisz?

Jak mam to sobie wytłumaczyć? Może byś kiedyś mi się przyśniła i powiedziała, co się właściwie stało… Byłbym naprawdę wdzięczny. Ciągle nie mogę sobie darować, że wcześniej nie zauważyłem, nie zareagowałem ostrzej…

Naprawdę nie wystarczyłem ci jako „muz”? Musiałaś się pakować w tę bohemę pseudoartystyczną? Poeci od siedmiu boleści… grafomani pieprzeni, niegodni twoich stóp całować! Chciałbym wiedzieć, co ci takiego nagadali, że zwątpiłaś, że nie możesz pisać inaczej niż w cierpieniu… Gówno prawda! Przeglądałem wczoraj twoje zapiski… Pomogę ci je wydać,ale ostatnie wiersze wymagają znacznie więcej redakcji niż wcześniejsze… No wiem, powinnaś zatwierdzić, ale ta banda pijaków i ćpunów skutecznie pozbawiła cię tej możliwości. Musisz się zdać na moja opinię, ale nie martw się, pamiętam, jaka kiedyś byłaś szczęśliwa i jak wspaniale szło ci pisanie. Prawie bez poprawek. Sprawię, że twój ostatni tomik też będzie taki. Nie zostawię żadnego śladu po tych grafomanach, którzy cię do tego doprowadzili.

Wczoraj znalazłem jakąś kretyńską maskę przy twoim pomniku… wiedziałem, że to jeden z nich. Tylko nie wiem, czy chciał cię uczcić, czy raczej wykpić, że dałaś się zmanipulować. Na szczęście masz mnie, zapłacą za to co nam zrobili. Poszedłem do tej kawiarni, śmiali się i
żaden nawet o tobie nie wspomniał, jakbyś nigdy tam nie chodziła. Zrobiłem im niespodziankę. Gdy kelnerka niosła kolejną porcję drinków, dołączyłem tę maskę, a potem zadzwoniłem na policję. Zrzedły im te zarozumiałe ryje.

To ja się śmiałem, kiedy ich zwijali i znaleźli przy nich pokaźny zapas trawy i innego cholerstwa. Ale to był śmiech przez łzy… bo nawet największy wyrok ciebie nie przywróci… Mówisz, ze zrobiłem im darmową reklamę… Nie, od razu zadbałem o to, żeby nigdzie nie pojawiło się
więcej niż jedno zadnie i to tylko na temat prochów. Ani słowa o pseudoartystach. W końcu różne znajomości się na coś przydały. Nikt o nich nie będzie pamiętał…

Za to ty byłaś sławna już wcześniej i nadal będę robił wszystko, żeby tak pozostało.

18.VI.2016

 


 

Dzień 16. (mini fanfic o „Tronie”)

 

Siedziała zmęczona przed komputerem. Sprawdziła listę zadań na dziś – wszystko odhaczone poza ćwiczeniem. Popatrzyła smętnie na monitor. Ręce jej opadły na klawiaturę. I cycki z niemocy. Najchętniej by trzasnęła klapką laptopa i poszła spać. Powieki też jej opadały.

Postanowiła wypełnić pustkę w głowie, czytając posty znajomych. Szybko przewinęła nie znajdując prawie, nic na czym można było zatrzymać się na dłużej. Nawet jakoś memów z kotami nie było. Załamana znów zapatrzyła się bezmyślnie w błyszczący ekran…

„Rany, co się dzieje?” – pomyślała, gdy nagle ogarnęła ją ciemność.

Dokoła nic nie było widać, poza kilkoma błękitnymi punkcikami w oddali. Nie była w stanie określić tej dali. Ciemność zdała się pochłaniać przestrzeń i jedyne czego była pewna, to twarde podłoże pod stopami. Spojrzała w dół.

Miała na sobie dziwny, obcisły strój ze świetlistymi lamówkami, a na plecach czuła jakiś ciężar. Sięgnęła ręką za siebie. Wyczuła coś między łopatkami. Twarde, lekko zaokrąglone, na szerokość dłoni. Zacisnęła palce i szarpnęła. Przedmiot się wyjął z zatrzasków.

Powoli przełożyła rękę przed siebie. Oczy zrobiły się równie wielkie jak to, co trzymała w dłoni.

„Clu happened???” – Patrzyła oszołomiona na okrągły, czarno-błękitny dysk z otworem. „To nie możliwe!” – jej myśli krzyczały.

Stała po środku niczego. Jak teraz ma wrócić? Zanim Flynnowi się udało, czekała go długa podróż, z walka na śmierć i życie… Zresztą za drugim razem się mu nie udało. Z przerażeniem wyobraziła sobie scenę, jak walczy na dyski.

„Kurwa, przecież ja nie mam refleksu, za to mam astygmatyzm! Nie złapię tego cholerstwa. Przetnie mnie na pół.” – myślała, że za chwilę się rozpłacze.

Ostatkiem rozsądku zaczęła iść w kierunku światełek. Nie miała pojęcia, ile upłynęło czasu, gdy w końcu dotarła do jakiejś „budowli”. Stała w cieniu obserwując otoczenie. Kanciaste korytarze, ściany, których części składowe oddzielone były świetlnymi liniami w białym lub błękitnym kolorze. Usłyszała głosy, rozmawiały o nowych postach na Facebooku. Wychyliła się, by zobaczyć, kto to był. Dwie postacie ubrane tak, jak ona, przeszły wzdłuż przejścia. Nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Dokładnie jak na filmie. Tylko temat rozmowy nie pasował. Wtedy nie było żadnych portali społecznościowych.

– Teraz to albo piłka, albo koty… aż niedobrze się robi. – Usłyszała z oddali.

– Chwilowo nawet kotów nie ma – odpowiedział drugi głos.

– O Clu… Widzisz, a nie kasujesz!

– Dobrze, że Clu wszystkie społeczności zebrał w jednym miejscu, przynajmniej można je ominąć szerokim łukiem.

– Dzięki Clu – zaśmiał się pierwszy głos. – Tęsknię za czasami, kiedy komputery służyły do szczytniejszych celów niż pisanie płytkich postów i publikacje głupich obrazków.

– No… wszystko przez tego Facebooka, nawet kolorami zaczynamy się do niego upodabniać.

Stała oszołomiona, powoli zaczynała rozumieć tę dziwną sytuację.

– Facebook happened – powiedziała do siebie i pobiegła za znikającymi za rogiem postaciami.

16.VI.2016

 


 

Dzień 15.

 

„Pocałujecie mnie wszyscy w dupę…” – zanuciła pod nosem. „Na przyjemności, trzeba sobie zasłużyć!” – Miała ochotę wyć z wściekłości. „Jeszcze za mną zatęsknicie! Ale wtedy… wypchajcie się sianem, skończyło się. «Ciocia Iza» już nie będzie taka miła, jak kiedyś.” – Wyszła bez
słowa, trzaskając drzwiami.

Po drodze do domu chciała coś, albo kogoś skopać. Dokładnie wiedziała kogo… Na szczęście musiała wracać piechotą ponad pół godziny i tylko dzięki temu nie ucierpiał nikt postronny. I wiedziała, że działanie w emocjach nigdy nie przynosiło jej nic dobrego, za to często podejmowała
dobre decyzje. Jeszcze przyjdą w jej łaski, ale wtedy będzie za późno. Oj będzie… Maszerując do domu miała czas, żeby nieco ochłonąć i przemyśleć sprawę. Postanowiła się już więcej nie wdawać w dyskusje, bo to nie miało najmniejszego sensu. Ano ona nie przekona ich, ani oni jej. Koniec. Koniec wszystkiego.

Przypomniała sobie jeden obrazek, który widziała w sieci. Uznała, że to będzie genialne zakończenie tematu. Bez podawania szczegółów, bez podawania nazwisk, picia do konkretnych osób… ale z ostrzeżeniem i jakby pożegnaniem. Jak zechcą, to przeczytają i powinni pojąć aluzję, jak nie zechcą, to już nie jej broszka.

Włączyła komputer odszukała mem i wkleiła na swój profil – bez słowa komentarza.

15.VI.2016

 


 

Dzień 14.

 

Otulony czarną peleryną cicho podpłynął do kobiety siedzącej samotnie na ławce w parku. Uwielbiała tę porę nocy, gdy miasto już spało i po ulicach chodzili tylko porzuceni.

– Jesteś moją muzą – wyszeptał zachrypniętym głosem.

Oliwia nawet się nie odwróciła.

– Jesteś moją muzą – powtórzył tuż nad jej uchem.

Natychmiast wyczuła lekką irytację, więc postanowiła zareagować.

– Spóźniłeś się – powiedziała, nie patrząc na przybysza. – Nie poznajesz swoich? – Mężczyzna milczał zaskoczony słowami, Oliwia odczytała tysiące galopujących myśli w jego głowie. – Oho… długo byłeś w zamknięciu. Stanowczo za długo, skoro przytępiły ci się podstawowe zmysły – odwróciła się w jego stronę.

Dopiero teraz mógł się jej przyjrzeć. Uśmiechnęła się do niego, ukazując lekko wysunięte kły. Pomyślał, że zdecydowanie za długo go nie było.

– Który rok mamy? – spytał niepewnie, oglądając swoje i jej ubranie, w zupełnie różnych stylistykach.

– 2016., Gwidonie. – Wysunęła rękę i musnęła żabot białej koszuli. – To już dawno wyszło z mody. Jakieś dwieście lat temu.

– O nie…

– Nie rozklejaj się. Dasz sobie radę, jak zawsze, ale… musisz się dostosować.

– Pomogłabyś mi?

– Ktoś musi – wywróciła oczami z niechęcią. – No i rzeczywiście stanę się twoją „muzą”. Na początek… takie teksty już na laski nie działają.

– Laski?

– Tak się teraz mówi na młode dziewczyny, nie wszystkie, oczywiście. Większość już nie wie co to prawdziwy romantyzm – wyjaśniła cierpliwie. – No i… musisz się odzwyczaić od wypijania kogokolwiek do końca.

– Jak to?

– Kiedy ciebie zamknięto?

– W 1760.

– Dawno… Teraz policja, taka straż pilnująca porządku, sprawdza każde pozostawione zwłoki. Mają zaawansowaną technikę i dość szybko potrafią znaleźć winowajcę.

– To jak mam się pożywić? – Głowa dudniła mu od nadmiaru wiadomości.

– Polujesz, wypijasz, ale nie do końca – podkreśliła – zacierasz ślady i czyścisz pamięć.

– Nie wiem, czy jeszcze potrafię takie rzeczy – westchnął zrezygnowany.

– Będziesz musiał sobie przypomnieć – rzuciła krótko, znów obserwując otoczenie.

– Spodziewałem się, że będę musiał się sporo nauczyć, gdy się uwolnię… ale nie aż tyle na raz – Gwidon czuł się przytłoczony.

– Przyzwyczajaj się, teraz ludzie są bombardowani informacjami. – Usłyszała ciche jęknięcie koło ucha. Obrzuciła cynicznym spojrzeniem jego strój. – Chodź, niedaleko jest klub z imprezami fantasy – uśmiechnęła się złowieszczo. – Zapolujemy.

14.VI.2016

 


 

Dzień 12.

 

Zwłoki?

Zwleczone
Zrzucone
Codzienne zmartwychwstanie
Gdy słońce
Najwyżej nad horyzontem
Wystarczy przetrzeć oczy
Doczołgać się
Półtora metra
I wejść
Do „Matrixa”

12.VI.2016

 


 

Dzień 11.

 

Spojrzał na kartkę, którą przed chwilą prowadząca położyła na ławce. Oczy rozszerzyły mu się ze zdziwienia.

„Co?! Co ja, kurwa, jestem w podstawówce? Po zrobieniu dwóch fakultetów? – pomyślał wściekły, że wyrzucił kilka stów w błoto na kurs pisania. – Ćwiczyć literkę „a”??? W jakim sensie? Kaligrafia, czy co do cholery? – Pod rysunkiem widniał podpis: Arbuz. – Jakbym, kurwa, nie
wiedział!!!”

Wziął głęboki oddech i usłyszał jej głos, który tłumaczył jakiś polecenie. Teraz się wkurzył na samego siebie, że nie słuchał od początku. Odsunął kartkę na brzeg ławki i podniósł wzrok na prowadzącą.

„Nooo… arbuzy to ona ma… – uśmiechnął się szeroko. – Może jeszcze polubię ten kurs.”

Wodził za nią wzrokiem, bacznie obserwując płynne ruchy zgrabnej sylwetki. Znów nie słyszał, co mówi, tylko wyobrażał ją w innej scenerii, a raczej pozycji na tych ławkach.

– Nie śliń się tak – szept innego uczestnika brutalnie wyrwał go z zamyślenia. – Jest lesbijką, sprawdzałem…

„Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!”

11.VI.2016

 


 

Dzień 8. (mini fanfic o „Mieczu Prawdy)

 

Czy udałoby mi się spotkać Magdę? – spytała przeglądając zapomniane księgi w Wieży Czarodzieja.

– Masz na myśli Magdę Searus? – spojrzał na nią z niedowierzaniem. Kiwnęła twierdząco głową. – Jak to sobie wyobrażasz?

– Nie wiem, może przez skałkę czarodzieja, żeby porozmawiać ze zmarłymi, albo książeczkę podróżną… A może jakiś konstruktor wymyśli nowy sposób… – mówiła rozmarzonym głosem.

– Hm… teraz ze skałki może korzystać tylko Pierwszy Czarodziej, ostatnią książkę podróżną zniszczył Richard Rahl po odesłaniu Wróżebnej Machiny, a prawdziwego konstruktora chyba nie było od czasów Merrita i właśnie Magdy Searus – brutalnie sprowadził ją na ziemię.

– Ach, jaki jesteś bezduszny… – westchnęła żałośnie. – Nie chciałbyś stworzyć coś równie wielkiego, jak oni kiedyś? Albo chociaż odtworzyć, któryś z zagubionych wynalazków? Np. książki podróżne…

– Ech… zawsze chodziłaś w chmurach. Nawet Jax Amnell nie udało się zrobić wielu rzeczy, chociaż posiadała moc obu darów i spowiedniczek. Była równie wyjątkową mieszanką, co sam Richard.

– A ty zawsze musisz być taki konkretny… Właśnie przeglądam notatki Jax, w których wspominała o Magdzie. Miała parę ciekawych pomysłów – spuściła głowę wpatrując się rozłożone zapiski. – „Mam nadzieję, że chowają te kartki. Powstanie z nich książka, za pomocą której będą mogli dalej ze sobą rozmawiać”

8.VI.2016

 


 

Dzień 7. (nowy fragment „Czarodziejów sieci”)

 

Ostatni wagon przeleciał z hukiem. Wybiegli na tory.

– Yyy… – wydała z siebie dziwny odgłos. – Co… się… dzieje?

Mężczyzna równie zaskoczony, wyciągnął dłoń podążając za wagonem.

– Jak zwykle masz rację – Ita bez namysłu zrobiła to samo i skoncentrowała wszystkie siły na utrzymaniu pociągu w fazie lotu.

Z ich palców wystrzeliły białe iskry i otoczyły przechylający się masyw stali. Gdy starała się nie dopuścić do gwałtownego upadku, Dezyderiusz tworzył powietrzną poduszkę nad ziemią.

W oddali zobaczyła Bartosza z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy. Wezbrała w niej wściekłość, miała ochotę wysadzić go w powietrze w trybie natychmiastowym, ale nie mogła upuścić pociągu, dopóki Dezyderiusz nie zapewni amortyzacji.– On tam stoi – stęknęła do przyjaciela.

– Zaraz… – Dezyderiusz energicznie zamrugał, zrzucając kroplę potu z rzęs. – Już!

Ita nie czekała ani ułamka sekundy dłużej. Puściła wagony i z impetem posłała błyskawicę w Bartosza. W tej samej chwili jego obraz się rozpłynął w powietrzu, a czar trafił w drzewo, rozpłatając je na dwie części.

– Bladź! – krzyknęła na całe gardło. – Pieprzony hologram!

– Pomóż mi… – Usłyszała zmęczony głos Dezyderiusza.

Wzięła głęboki oddech i skupiła się na wzmocnieniu magicznej poduszki.

7.VI.2016

 


 

Dzień 5.

 

Układała w głowie przebieg dalszych wydarzeń, gdy nagle zapiekły ją oczy, a do nosa doleciał gryzący smród. Spojrzała gniewnie na współpasażerów, którzy nie zamknęli drzwi do przedziału.

„Przeciągów im się zachciało” – pomyślała z wyrzutem.

Chociaż dziś nie była Anią, tylko sobą, to tak samo jak ona nie znosiła zakłócania dobrze ustalonego porządku. A woń papierosów szczególnie wzmagała chęć mordowania. Resztką rozsądku próbowała przegonić snującą się strużkę dymu, wachlując się gazetą.

Ale było już za późno…

Jason już zapukał we wnętrzu czaszki…

„O nie…” – zdążyła tylko westchnąć, zanim całkowicie przejął kontrolę.

Powolnym ruchem odłożył czasopismo na składany stolik pod oknem i wstał. Dyskretnie sprawdził, czy Ewa nie zdążyła schować noża do plecaka. Uśmiechnął się złowieszczo, bo wciąż był przypięty do paska. Dla pewności obciągnął w dół podkoszulkę i sprawnymi ruchami przeskoczył nad
nogami pasażerów, wydostając się na korytarz. Gdy znalazł się w progu przedziału, musiał się lekko cofnąć, by przepuścić mężczyznę po pięćdziesiątce, idącego wzdłuż wagonu.

„Ty, dziadu…” – w Jasona uderzył zapach fajek zmieszany z przetrawionym piwem.

Wstrzymał oddech na kilka sekund i dopiero potem wciągnął powietrze.

– Ma pan może odsprzedać jedno piwko? – Mrugnął zalotnie okiem Ewy, gdy przechodził koło mężczyzny. Facet kiwnął potwierdzająco. – Poczekam przy WC – Jason wskazał ręką na koniec korytarza i ruszył w tamtym kierunku.

Stał w otwartej toalecie oparty o zlew zaraz przy wejściu. Kiedy mężczyzna podszedł do niego, błyskawicznie złapał za rękę z puszką i wciągnął do środka łazienki. Nim facet zorientował się w sytuacji, Jason zablokował drzwi.

Błysnęło ostrze pokaźnego wojskowego noża.

Jednym cięciem rozpłatał gardło i dłonią owiniętą w ręczniki papierowe powstrzymał rozprysk krwi. Wiedział, że Ewa byłaby bardzo niepocieszona, gdyby zabrudził jej ciuchy, a w szczególności buty.

Pozwolił facetowi osunąć się na podłogę. Jak zawsze, nie mógł zrozumieć zdziwionego spojrzenia mężczyzny, kiedy wydawał ostatnie tchnienie.

„Czy naprawdę tak ciężko odczytać prosty znaczek z przekreślonym papierosem?” – zastanawiał się Jason podczas rozcinania piwa i wylewania go do zlewu.

Ostrym kantem zniszczonej puszki, trzymanej przez ręcznik, pogłębił ranę na szyi. Włożył ją do ręki śmierdzącego trupa i wszystkie ręczniki spuścił w ubikacji.

Powoli wyszedł na korytarz i spokojnie wrócił do przedziału.

Ewa przechodząc nad nogami pasażerów nie mogła przypomnieć sobie, po co i gdzie wychodziła. Cieszyła się tylko, że w tym czasie przeciąg wywiał dym i znów mogła normalnie oddychać oraz przestały łzawić jej oczy.

5.VI.2016

 


 

Dzień 4.

 

Jego silna natura indywidualisty krzyczała. Buntowała się już na samą myśl, ale rozkaz to rozkaz.

Zaklął siarczyście w duchu.

Rozejrzał się dookoła i gdy nie zauważył nic podejrzanego, zrobił kilka kroków. Od płotu dzieliło go zaledwie kilka metrów, ale pójście prosto byłoby równoznaczne ze spaleniem się. Dlatego spokojnie podszedł do drewnianej budy stojącej po jego lewej stronie. Tuż przed jej
okrągłym wejściem zwolnił rozglądając się na boki. Był pewien, że manewr wyszedł naturalnie, w końcu każdy sadzi, że wszystkie koty boją się psów. Gdy upewnił się, że nie ma ogona, szybko przebiegł przed budą. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości i skręcił w kierunku płotu. Po drodze skubnął trochę trawy z kępki wyrastającej pomiędzy kamiennymi płytami.

Podszedł do pierwszego szczebelka w bramce od lewej, ale jeszcze raz musiał się sprawdzić. Usiadł pod płotem i zadarł w górę łapkę do polizania brzucha. Pozornie leniwym ruchem nachylił się nad swoim korpusem i dyskretnie spojrzał do tyłu. Dla pewności liznął się dwa razy i w końcu stwierdził, że jest czysty. Podniósł się i przeciągnął, rozprostowując przednie łapki.

Błyskawicznym ruchem wskoczył na sztachety i triumfalnie miauknął. Przeparadował wzdłuż płotu, gdy pies wyjrzał z budy. Kot wyszczerzył do niego zęby i wypinając kuper, zeskoczył na drugą stronę.

Teraz już nic nie mógł mu zrobić. Zadanie zostało wykonane.

4.VI.2016

 


 

Dzień 1.

 

„Jestem Grahamem Mastertonem… Jestem Grahamem Mastertonem…

Jestem Grahamem Mastertonem… – pomyślała, patrząc na pustą kartkę edytora tekstu. – Chyba w końcu muszę to przykleić nad ekranem. Przy okazji zasłonię kamerkę, żeby nikt jej nie zhakował… – Zaśmiała się do siebie. – Durna baba, jakby ktoś chciał ciebie podglądać… – Przegoniła
zbędne myśli. – Jestem Grahamem Mastertonem… Jestem Grahamem Mastertonem… Jestem Grahamem Mastertonem…”

Spojrzała na listę zadań w kalendarzu. Trzy z pięciu już odhaczone. Świetnie, tylko, żeby jeszcze trzymała się godzin, które sama sobie wyznaczyła. Westchnęła i na chwilę wróciła wspomnieniami, gdy Graham opowiadał o swoim dniu pracy. Pobudka, śniadanie, kawa (u niej
oczywiście wiaderko herbaty), a potem siada w gabinecie i pisze… Pisze, aż się zmęczy…

No tak, ale jak sam Masterton przyznał, taki nawyk wyrobił sobie podczas pracy reportera, gdy nie było zmiłuj się i prawie codziennie musiał być jakiś tekst do gazety. Ale skąd u niej miało się taki wziąć, jak nigdy nawet nie chciała

 

być dziennikarzem… a o pisaniu na poważnie myślała dopiero od niedawna…?

– Wpis związany z blogiem – wrzucony.
– Kot – oporządzony.
– Maile – sprawdzone.
– Śniadanie – zjedzone. I pusty kubek po herbacie…

Wymówki się skończyły…

Musiała rozpocząć wyzwanie i wrócić do książki…

„Jestem Grahamem Mastertonem…”

1.VI.2016

 


 

Rozgrzewka 0.4

 

Pisarz to…

Stwórca i morderca, marzyciel, poszukiwacz (niekoniecznie prawdy :D) – trochę jak w książce „Zanim zasnę” codziennie na nowo buduje swój świat, chociaż pisarz jako taki raczej więcej konfabuluje :) niż odkopuje wspomnienia.

Ale… wspominając mają pierwszą kawiarnię prawie dwa lata temu, gdzie też padło to pytanie, będę się uparcie trzymać wersji, że pisarz to ktoś, kto nie umiał sobie znaleźć innego zawodu :)

30.V.2016

 


 

Rozgrzewka 0.3

 

Kot ministra

(Wypasiony, wygłaskany, wynudzony, wyniosły, wredny)

Podniósł łeb, gdy zazgrzytał zamek. Rzucił wyniosłe spojrzenie na pojawiający się cień w przedpokoju i z powrotem położył się na wersalce.

– Cześć, kotku – pan pogłaskał go delikatnie wzdłuż całego grzbietu, aż po czubek ogona.

Zamruczał i przeciągnął się, ledwo podnosząc wypasiony brzuch.

– Dziś w pracy znów przynieśli mi projekt jakiejś idiotycznej ustawy… – pan zaczął opowiadać, jak zwykle miał to w zwyczaju. – Najgorsze jest to, że zawsze muszę przeczytać wszystko, nawet jak już po pierwszych kilku paragrafach widać, że idiotyzm…

– Mógłbyś sobie wreszcie zatrudnić porządnych analityków, albo znaleźć kobietę – mruknął wynudzony kot codziennym lamentowaniem i odpłynął do krainy myszek.

24.V.2016